Zapach Grochowa

Grochów to zaproszenie do laboratorium pamięci. Obiektem badań jest życie na warszawskiej Pradze-Południe.

Plac Szembeka jako centrum świata. Bardzo mnie uwiodła ta wizja.  Snuł ją przed widzami Marcin Bartnikowski, który był jednym z trzech głosów przywołujących obraz minionego świata. Razem ze swoim kolegą z Teatru Malabar Hotel, Marcinem Bikowskim i Łukaszem Lewandowskim – twórcą scenariusza spektaklu opartego na opowiadaniu Andrzeja Stasiuka.

Od lewej: Marcin Bikowski, Marcin Bartnikowski, Łukasz Lewandowski. Fot. Krzysztof Bieliński
Od lewej: Marcin Bikowski, Marcin Bartnikowski, Łukasz Lewandowski. Fot. Krzysztof Bieliński

Jestem rodowitą prażanką, więc wszystkie nazwy ulic, jakie padły w spektaklu Teatru Dramatycznego brzmiały dla mnie znajomo. Historia opowiedziana przez Stasiuka jest jednak wcześniejsza niż rok 1984, więc i ja się wiele o krainie swego dzieciństwa dowiedziałam. Moja mama nie wstawała co prawda przed 5.00 rano, by utonąć w gwarze fabryki, ale wstawała o 5.00, by utonąć w gwarze szkolnych głosów, a wcześniej dojechać do pracy czerwonym autobusem linii 137 i odbyć kilometrowy spacer. A ja razem z nią. Tak, jak bohater Stasiuka pamięta swoje pierwsze podwórko, a na nim nieustający wir, tak ja pamiętam, jak stoję każdego poranka na wygwizdowie (czytaj: na przystanku bez wiaty), a nogi obute w znienawidzone przeze mnie czerwono-czarne „Relaksy” grają w nienarysowane „klasy”.

Twórczynią przestrzeni spektaklowej jest Monika Nyckowska, ale trzeba powiedzieć, że aktorzy ożywiali tę przestrzeń, pełną bibelotów i przedmiotów codziennego użytku, samodzielnie. Robili to rzutując na scenę, pokrytą białymi ekranami, obraz jakby spod mikroskopu, gdzie umieszczali zdjęcia, mapy i inne skarby, przedstawiając je w dużym powiększeniu. W swojej prostocie – choć może technologia wcale nie była taka prosta, chapeau bas panowie – stanowiło to idealną ilustrację do Stasiukowej treści.

Od lewej: Łukasz Lewandowski, Marcin Bartnikowski, Barcin Bikowski. Fot. Krzysztof Bieliński
Od lewej: Łukasz Lewandowski, Marcin Bartnikowski, Barcin Bikowski. Fot. Krzysztof Bieliński

Nie powiedziałam jeszcze, że treścią Grochowa jest historia przyjaźni, rozmów i podróży, którą kończy śmierć. Nie jestem nawet pewna, czy powinnam to mówić, bo treść jest tu równie ważna, co klimat, co forma, co uczucia, jakie udaje się wykonawcom w odbiorcach obudzić. Poczułam w tym bardzo ludzkim i trochę Hrabalowskim klimacie opiekuńczą dłoń Agnieszki Glińskiej, która czuwała nad artystycznym kształtem przedstawienia.

Kiedy wyszłam z teatru, zastanawiałam się, do jakiej kategorii przydzielić Grochów. Proza wypowiadana na scenie, nawet w podziale na głosy, nadal pachnie prozą, więc przyszło mi do głowy „czytanie z pamięci”. Jednak ostatecznie, czym jest nazwa? Pod każdą nazwą Grochów równie mocno urzekałby widzów. Panie siedzące przede mną szeptały coś zawzięcie na temat „okrąglaka”, gdzie bohater chadzał na piwo z cynamonem; ktoś westchnął głośno, słysząc o ognisku rozpalonym na Utracie; jeszcze inni śmiali się na dźwięk litanii zapachów mieszających się na klatce schodowej – od pomidorowej i mielonego, do butów stojących na wycieraczce i kurzu osiadłego na żarówkach.

Powiedzmy sobie szczerze – nie trzeba być z Grochowa, żeby się na Grochowie odnaleźć. Każdy w czasie tej teatralnej godziny może odbyć własną wyprawę do czasu który minął, zwłaszcza korzystając z wyłączonej komórki lub w wersji dla trudniej znoszących brak WIFI – dość słabego zasięgu, jakim dysponuje Scena Przodownik. Ale uwaga: w materii oddziaływania na widza, siła sygnału nie słabnie prawie nigdy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *