#Bez filtra

Imka Light to seria spektakli opartych na współczesnych tekstach. Ich ambicją jest mówienie w lekkiej formie o sprawach, które wszyscy znamy z autopsji. Związki, konflikt pokoleń, stereotypy, potrzeba wolności – na pewnym etapie życia każdy z nas czuje się w tych tematach ekspertem. Spotykamy się więc w gronie eksperckim na widowni Imki, aby posłuchać co mają do powiedzenia inni eksperci – specjaliści w zakresie sztuki teatru.

Moje pierwsze spotkanie z Imką Light to „Pozytywni” (reż. Krzysztof Czeczot). Miejscem akcji jest gabinet psychoterapii. Z jednej strony czytelna aluzja do trendu, zgodnie z którym chodzenie do psychoterapeuty przestało być przywilejem gwiazd, z drugiej zaspokojenie wrodzonej ludzkiej ciekawości – co też dzieje się za zamkniętymi drzwiami gabinetu? Wystarczy przypomnieć, jaką popularnością cieszył się serial HBO „Bez tajemnic”, który pokazywał pracę psychoterapeuty podczas sesji z pacjentami i pracę psychoterapeuty nad sobą, bo o dziwo, on także miewa problemy.

Tekst Cezarego Harasimowicza opiera się na podobnym pomyśle. Ewa (Magdalena Boczarska) prowadzi terapię grupową, w trakcie której namawia swoich pacjentów do wyznania przed najbliższymi długo skrywanych tajemnic. Przychodzi jednak w jej życiu moment, kiedy i ona musi się zdobyć na podobną rozmowę i wtedy pacjenci przejmują pałeczkę, pomagając jej wyjść na prostą. Klasyczna zamiana ról rzadko kiedy się w teatrze nie sprawdza.

Plakat do spektaklu "Pozytywni". Materiały Teatru Imka w Warszawie.
Mat. Teatru Imka w Warszawie

W tym przypadku się sprawdza, bo widownia jest pełna i reaguje żywiołowo. Aby ten cel osiągnąć Harasimowicz postawił na fuzję charakterów i umieścił obok siebie: geja spod Mławy w przededniu coming outu (Łukasz Simlat), transseksualistę z pełną rodziną (Janusz Chabior) i arystokratkę, córkę znanego polityka, która odkrywa, że jej rodzina ma żydowskie korzenie (Olga Bołądź). Jak łatwo można odgadnąć, żarty obracają się wokół seksu, polityki, małomiasteczkowości oraz stereotypów na temat Żydów. Balansują czasami na granicy tolerancji, która nomen omen jest tematem przewodnim spektaklu. Najlepszą rolę zagrał moim zdaniem Simlat. Jego Michał bywa w swoich wypowiedziach tak grubiański i bezceremonialny (kalecząc przy okazji język polski), że musi to zadziałać na publiczność jak zimny prysznic.

Morał jest taki, że należy myśleć pozytywnie o swojej naturze i w kryzysowych momentach zdobyć się na szczerość. Nawet jeśli jest to szczerość brutalna i dotyka fizjologii, lęku czy śmierci, można o tych sprawach mówić językiem Hanocha Levina, swoje słowa przepuszczając przez filtr poezji i można to zrobić tak, jak Cezary Harasimowicz, bez filtra. Obaj autorzy mają w Polsce swoją publiczność.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *