Elżbieta Okupska arbajtuje fajniście!

W Teatrze Rozrywki w Chorzowie Elżbieta Okupska zdaje najtrudniejszy dla każdego aktora egzamin. Mierzy się z monodramem. „Mariacką 5” napisał z myślą o niej i wyreżyserował z myślą o śląskiej publiczności Lech Majewski. Powstał bardzo gryfny spektakl!

Niech to zdjęcie nikogo nie zmyli. Elżbieta Okupska jako Hela odsłania przed nami przede wszystkim swoją duszę. Fot. Artur Wacławek. Zdjęcie z zasobów Teatru Rozrywki w Chorzowie.

Gdybyśmy zracjonalizowali historię Heli, która wydaje nam się dzięki klimatowi sztuki groteskowa, rubaszna, a chwilami zabawna, zobaczylibyśmy prawdziwy ludzki dramat, który świetnie wydobyła swoją grą Elżbieta Okupska. Mamy oto kobietę w średnim wieku, uzależnioną od alkoholu, która nie zna nawet daty swego urodzenia, bo „mamula nie pedzieli”. Mieszka na strychu z „omą”, która pełni rolę jej alfonsa, bowiem Hela trudni się prostytucją. Jakiś czas temu urodziła synka, Kleofasa, którego odebrała jej opieka społeczna. Zadaje się z mężczyznami z marginesu społecznego, którzy maltretują ją fizycznie, a jeden w końcu uśmierca omę, rozbijając jej głowę ukradzioną z kościoła skarbonką.

Hela nie dokłada starań, aby wyzwolić się z tego przeklętego kręgu i ciągle popełnia te same błędy, przez co czuje do siebie obrzydzenie. Jej spowiedź wobec Świętego Piotra – stanowiąca ramę konstrukcyjną spektaklu – jest głosem złamanego człowieka, wołającego o pomoc, a nie figlarną dykteryjką opowiedzianą w ślaskiej gwarze, choć dzięki lekkości pióra Majewskiego, można odnieść takie wrażenie. Ergo: lepiej trafić do publiczności. W trakcie spektaklu, na którym byłam ludzie reagowali naprawdę żywiołowo, zwłaszcza w trakcie opowieści o aktach seksualnych, w których padały nieznane mi śląskie nazwy części ciała i nieodgadnionych czynności.

Ciekawe, czy taki spektakl sprawdziłby się na przykład w Malarni warszawskiego Teatru Studio lub na scenie kameralnej Teatru Jaracza w Łodzi, gdzie język byłby nie tyle barierą, co egzotycznym rysem. W przypadku „Mariackiej 5” „lokalność” (słowo „hermetyczność” wydaje mi się zbyt mocne) jest bowiem zaletą. Wiele się mówi o tym, że teatr powinien znać swego widza, że powinien wiedzieć, do kogo kieruje swój repertuar. W Teatrze Rozrywki tak się właśnie dzieje.

Hela (Elżbieta Okupska) w stroju roboczym. Fot. Artur Wacławek. Zdjęcie z zasobów Teatru Rozrywki w Chorzowie.

Siłą przedstawienia, poza naprawdę dobrym tekstem, jest aktorstwo Elżbiety Okupskiej. Mimo, że okoliczności są sprzyjające – ma wyrazisty makijaż, kanarkowe ubranie, mówi o sprawach cielesnych – w żadnym momencie nie mizdrzy się do widza. Gdy po raz pierwszy pojawia się na scenie, wygłaszając w tym entourage’u (oraz ze złamanym nosem) modlitwę do Świętego Piotra, jest poważna. Brawo. W tym momencie publiczność należy do niej. Teraz dopiero zaczyna być wciągająca ta historia, która z czasem nabierze komediowych rysów – takich, jak rewelacyjny taniec „Baiao bongo” – aby na koniec stać się dramatem samotności i niezrozumienia.

 

Czy finał daleki od happy endu otrzeźwi kogoś z nas? Elżbieta Okupska (Hela). Fot. Artur Wacławek. Zdjęcie z zasobów Teatru Rozrywki w Chorzowie.

W trakcie całej sztuki Hela szuka akceptacji, której nie znajduje ani w domu (oma nazywa ją „sinym podciepem”), ani w życiu zawodowym, gdy w końcu decyduje się znaleźć „chopa do miłości”. Znaleziony Mundek, złodziej zasłonek z PKP, zamiast spełnienia obietnic matrymonialnych, pozbawia Helę resztek złudzeń co do natury świata, które i tak zaskakująco długo udaje jej się pielęgnować, dzięki wierze w Boga i wierze w człowieka, takiego jak sąsiadka Stasińska, „wróżka, któro prawdo ci powie”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *