Rozmowa ze Sławomirą Łozińską „Ludzie Pałacowi”

Ze Sławomirą Łozińską spotykamy się w kawiarni na Mokotowie, a rozmowa nasza jest bardzo stołeczna. Wracamy do czasów, kiedy Wołoska i Woronicza były jeszcze na końcu świata, pływanie synchroniczne w Polsce dopiero raczkowało, a Zamek Królewski powstawał z gruzów.

Jednym z listopadowych teatrów telewizji będzie „Mrok” (reż. Artur Tyszkiewicz), który przez wiele sezonów był na afiszu Teatru Narodowego. W obsadzie m.in. obecni na fotografii Sławomira Łozińska i Andrzej Blumenfeld. Fot. Krzysztof Bieliński. Zdjęcie z zasobów Teatru Narodowego.

Gdzie się urodziłaś?

Urodziłam się w szpitalu na Starynkiewicza w 1953 roku, miesiąc po śmierci Stalina. Moi rodzice przyjechali do Warszawy z Łodzi w 1949 albo 1950 roku, zaraz po ślubie.

Jak się poznali?

Na Uniwersytecie Łódzkim, gdzie moja mama prowadziła sekretariat m.in. profesora Borysa Łapickiego. Pracowała w rektoracie, archiwizowała różne rzeczy, nawiązywała kontakty. Uniwersytet Łódzki był jedynym, który nie został zburzony, więc ściągał ludzi z całej Polski. Pamiętam, że mama miała kontakty z profesorem Chałasińskim, Kotarbińskim. Nie ukończyła studiów i bardzo z tego powodu cierpiała całe życie. Natomiast ojciec skończył studia – prawo i ekonomię na Uniwersytecie Łódzkim. Tam się poznali i z różnych powodów – podejrzewam, że mój ojciec zacierał ślady za swoją AK-owską przeszłością – przenieśli się do zrujnowanej Warszawy.

Po sąsiedzku. Więzienie Karne przy ulicy Rakowieckiej 37 w Warszawie. Fot. Leon Jarumski. Zdjęcie ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Gdzie zamieszkali?

W alei Niepodległości, przy Rakowieckiej. Tam się urodziłam. To była kamienica, która nie została zniszczona w czasie wojny, bo mieszkali tam Niemcy, ale była wypalona i ten zapach spalenizny towarzyszył mi przez pierwszych dziesięć lat mojego życia. Mieszkańcami byli prawie wyłącznie ludzie, którzy przyjechali z innych miast. Można powiedzieć: kamienica inteligencka.

Jak wyglądało otoczenie?

Było tam małe podwórko, a ściana tego podwórka to było więzienie na Rakowieckiej, więc ja od początku wiedziałam, co to jest więzienie na Rakowieckiej i w ogóle od początku wiedziałam sporo rzeczy, o których nie można było mówić. Mieszkaliśmy tam przez dziesięć lat na siedemnastu metrach kwadratowych – rodzice, siostra i ja. Mieliśmy pokój z kuchnią. To była jakaś wydzielona część dużego mieszkania przedwojennego. Patrzę zawsze w te okna, jak przejeżdżam, bo tam oczywiście teraz ktoś inny mieszka. Pamiętam też, że mieliśmy takie szerokie parapety i jako dziecko tam siadywałam. To było na parterze, ludzie przechodzili aleją Niepodległości, pod domem był przystanek trolejbusowy i zielona budka z piwem. Kiedy byłam małym dzieckiem, widziałam codziennie takiego potężnego mężczyznę, nieprawdopodobnie dla mnie starego, pamiętam, że nie miał zębów i miał takie rozwichrzone siwe włosy. To był Władysław Broniewski, który mieszkał na Dąbrowskiego. Wyrywał się żonie i biegł do tej budki z piwem na rogu.

Irena Prusicka miała wiele słynnych uczennic. Obok Wiery Gran i Sławomiry Łozińskiej do ich grona należała także Stefania Grodzieńska (pośrodku), która na fotografii tańczy w „Krajobrazie egzotycznym” (1937). Foto Forbert, Warszawa. Zdjęcie ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Gdzie chodziłaś do szkoły?

Poszłam do przedziwnej szkoły, która istnieje do tej pory, to była Szkoła Podstawowa nr 85 im. Benito Juareza przy ulicy Narbutta. Jej budynek był zupełnie niezniszczony. Mieliśmy kontakty z Meksykiem i przedwojennych nauczycieli. Tam zaczęłam się uczyć rytmiki i tańca. Uczyła mnie osoba, na którą możesz się natknąć we wszystkich książkach o Wierze Gran, mianowicie Irena Prusicka. Była tancerką i choreografką, która przed wojną prowadziła słynną szkołę, a po wojnie pracowała mniej intensywnie. Myślę, że ona pierwsza mi dała takiego „pstryka” – zobacz, istnieje scena.

Jak ułożyło się warszawskie życie Twoich rodziców?

Moja mama podjęła pracę w SGPiS, czyli w Szkole Głównej Planowania i Statystyki przy Rakowieckiej, gdzie jest obecnie SGH. Jako kierownik działu nauki zajmowała się młodymi doktorantami. Rosłam wychowywana w poczuciu niesłychanej admiracji dla wyższej uczelni. Wyższa uczelnia to jest najpiękniejsze miejsce na świecie. Nie ma takiego kościoła, nie ma takiego muzeum, nie ma takiego pałacu, jak wyższa uczelnia.
SGPiS to był budynek z Aulą Spadochronową, pamiętam, że tam się uczyłam jeździć na rowerze. W pobliżu były zupełnie dzikie i przepiękne Pola Mokotowskie, które kończyły się Stadionem Skry. Odbywały się tam zawody żużlowe, na które namiętnie ciągnął mnie mój ojciec, czego ja po prostu nienawidziłam.

Nie byłaś zapalonym kibicem?

Żadnego kibicowania. Ponieważ ojciec nie miał synów, ciągnął mnie i moją siostrę na wszystkie zawody – Memoriały Kusocińskiego, Wyścig Pokoju, mecze piłki nożnej… Okropne.

Budynek dawnego kina STOLICA (dziś ILUZJON). Aktorka wspomina: „Dla mnie to był ósmy cud świata. Dostawałyśmy z siostrą co niedziela 3 zł na poranki i szłyśmy do tego kina same, bo było blisko i bezpiecznie”. Fot. Zbyszko Siemaszko. Zdjecie ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Nie udało mu się zaszczepić w was ducha sportowego?

Oczywiście, że tak! Zaraz do tego dojdziemy, jak przejdziemy do centrum. Jeszcze ci opowiem o alei Niepodległości, bo to jest ważne. Z alei Niepodległości skręcał tramwaj w Rakowiecką i nieoczekiwanie, na wysokości Kościoła Boboli, miał swoja pętlę. Był to tramwaj „23”, który szedł na Gocław. To też jest bardzo ważne, bo to był jedyny tramwaj, który szedł przez centrum Warszawy na tę drugą, praską stronę. Cała pierzeja alei Niepodległości do mniej więcej ulicy Dąbrowskiego była niezniszczona. Potem tam się działy różne dziwne rzeczy, wybudowano cały ten UB-kistan, czyli Odyńca, szpital MSWiA i wszystkie budynki aż do Polskiego Radia, prawie że do Woronicza, które jeszcze nie istniało. Tu zbudowano jakiś dom, tam rosły kartofle, tu był jakiś sad. Jednym słowem stały domy, a obok dziki teren. Trochę to było niesamowite.

Całe dzieciństwo spędziłaś na Mokotowie?

Tak, chociaż w pewnym momencie się przeprowadziliśmy. Mieszkaliśmy na tych siedemnastu metrach i to naprawdę były bardzo ciężkie warunki. Nie było ciepłej wody, mieliśmy piec i kuchnię węglową, mieliśmy też piwnicę, która śmierdziała i to był zapach, który zawsze kojarzył mi się z wojną. I ni stąd ni zowąd, w ramach polepszania standardu życia, rodzice dostali mieszkanie na ulicy Wołoskiej, blisko Woronicza. I to był już koniec świata.

Dlaczego?

To był początek Gomułki, budynki były budowane trzypiętrowe, siedmiopiętrowe. Nie chodziły jeszcze w pobliżu Wołoskiej tramwaje. Od Odyńca szło się w nieprawdopodobnym błocie do tego naszego nowobudowanego osiedla. Tam już mieliśmy, jak na owe czasy, bardzo przyzwoite mieszkanie – czterdzieści osiem metrów, dwa pokoje z kuchnią. Po raz pierwszy miałyśmy z siostrą swój pokój i rodzice też po raz pierwszy mieli swój pokój. Wiązało się to ze zmianą szkoły. Ta niesłychanie godna, cudna Szkoła nr 85 została porzucona i rodzice tam na miejscu znaleźli nam jakąś szkołę 1000-lecia, z której z płaczem nas zabrali po roku. Działy się tam rzeczy masakryczne, jakieś „fale”, towarzystwo nie było najlepsze. Zabrano nas do świeżo zbudowanej szkoły przy ulicy Spartańskiej. Naprzeciwko był Instytut Reumatologii. To była szkoła wybudowana ze środków prywatnych, mówimy cały czas o latach 60.

Kto był hojnym darczyńcą?

Jeden z działaczy wysokiego szczebla partyjnego dostał spadek i wybudował za te pieniądze dwie szkoły – podstawową i mieszczącą się na tyłach szkołę specjalną (z różnych rodzinnych powodów).

Jak wyglądało życie przy Wołoskiej?

Pusto, nie było tam nic, jakieś zrujnowane domki przedwojenne, dzicy lokatorzy. Wołoska nie miała jeszcze wtedy jezdni, nie miała tramwajów.

 

Pastwisko na ruchliwym dziś skrzyżowaniu ulicy Wołoskiej z aleją Lotników na przełomie lat 50/60. Fot. Zbyszko Siemaszko. Zdjęcie ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Były tam piękne sady, było błoto, było bardzo ładne podwórko. Były jakieś fajne koleżanki z tej nowej szkoły. Ale ponieważ nie mieszkaliśmy już w centrum, nie było pani Prusickiej, rodzice wymyślili nam nowe zajęcie i tak wylądowałyśmy z moją siostrą w Pałacu Młodzieży, gdzie spędziłyśmy pół życia.

Na co chodziłyście?

Trenowałyśmy pływanie synchroniczne. Moja siostra łączyła to jeszcze z siatkówką – jest wysoka i świetnie grała w siatkę. W wakacje letnie wyjeżdżałyśmy do Giżycka i do słynnych Pieczarek koło Giżycka. Wyglądało to w ten sposób, że po szkole jechało się do Pałacu Młodzieży, tam się trenowało, odrabiało lekcje i późnym wieczorem wracało się do domu. Rodzaj przedłużonej świetlicy. Wtedy właśnie, w międzyczasie, Wołoska została przemianowana na Komarowa, zbudowano tam linię tramwajową i niedaleko była zajezdnia. Tramwajem numer „12” dojeżdżało się do Pałacu Młodzieży i z powrotem. Poza tym do miasta jeździło się dosyć rzadko, bo nie było powodu. Warszawa była jeszcze w ruinach, albo w ciągłej budowie.

Kiedy przestałaś trenować pływanie?

Trenowałam jeszcze trochę w czasie studiów.

Nie myślałaś, żeby to robić profesjonalnie?

Wiesz co, pływanie synchroniczne w Pałacu Młodzieży to była wtedy jedyna sekcja w Polsce, dopiero raczkowało.

A teraz jest dyscypliną olimpijską.

Wtedy nie było. Zresztą pływacy w ogóle zajmowali wtedy ostatnie miejsca. Jeżeli w Warszawie były tylko dwa baseny kryte, na AWF-ie i w Pałacu Młodzieży, to trochę nie było warunków. Chociaż trenowali bardzo ciężko. Antoni Macierewicz był znanym skoczkiem do wody, o czym chyba nikt nie pamięta. Mieliśmy wspólnego trenera, nazywał się Aleksander Rękas.

Potem przyszedł czas wyboru liceum. Jakie miałaś opcje?

Sytuacja była następująca: dobrzy uczniowie, rokujący z przedmiotów ścisłych i tacy, którzy mieli już skrystalizowane plany na przyszłość, szli do Rejtana. Dosyć trudne były wtedy egzaminy do liceum (oczywiście można było wszystko załatwić). Ci lepsi szli do Rejtana, a pozostali do Kochanowskiego (gorzej), albo do Konopnickiej (jeszcze gorzej), albo do „Królówki”, czyli do „Dziesiątki” z Woronicza (wtedy też nie najlepiej). Ja wylądowałam w Kochanowskim, nie aspirując w ogóle do Rejtana.

Jakie masz stamtąd wspomnienia?

To jest jednopiętrowa szkoła, która stoi w przepięknym parko-boisku. Sala gimnastyczna jest jednocześnie salą teatralną, gdzie odbywają się co roku do tej pory festiwale teatralne na naprawdę niezłym poziomie. Byłam pierwszym rokiem, który miał tzw. reformę, to znaczy chodziliśmy do podstawówki przez osiem lat. W ósmej klasie byliśmy przez cały rok przygotowywani do egzaminów do liceum. Czyli chodziło się przed maturą dwanaście lat do szkoły, a nie jedenaście. Czyli normalni maturzyści kończyli szkołę w wieku dziewiętnastu lat, z wyjątkiem tych, którzy jako sześciolatki poszli do szkoły, tak jak ja.

I jak ja!

A widzisz! Dlatego masz takie ciekawe życie. Wybitne indywidualności musiały sobie poradzić ze wszystkim!

A jak sobie radziłaś w liceum?

To liceum było luzackie, hippisowskie. Między pierwszą a drugą klasą wydarzył się Marzec 1968. Znalazłam się pod Teatrem Narodowym, ale nie dostałam się na „Dziady”. A już po wakacjach, czyli pod koniec 1968 roku zaczął się „Dworzec Gdański”. Okazało się, że szkoła nam opustoszała.

Warszawa i warszawska młodzież w roku 1968. Złota, Sienna, Pałac Kultury. Fot. Zbyszko Siemaszko. Zdjęcie ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

W naszym liceum było bardzo dużo kolegów, ale też nauczycieli narodowości żydowskiej z niesłychanie zasymilowanych, fantastycznych rodzin. I co tutaj dużo mówić, ich wyjazd, ich nieobecność niesłychanie zaważyła na poziomie tej szkoły. W okresie maturalnym była mocno dociśnięta śruba, bo było wiadomo, że to jest takie liceum, z którego dużo Żydów wyjechało, że ta młodzież jest niepokorna.

Tak było?

Tak, byliśmy dosyć rozbestwieni. Pamiętam, że to była szkoła, w której nie było organizacji pod tytułem „ZMS”. Nie było tam też drużyny harcerskiej. To było chyba jedyne takie liceum w Warszawie, a na pewno na Mokotowie. Ten 1968 rok nas niesamowicie doświadczył. Tak strasznie dużo potraciliśmy, że może nie było w nas buntu, ale nauczyliśmy się pewnej kontestacji, emigracji wewnętrznej.

Potem wybrałaś studia w PWST. Co o tym myśleli Twoi rodzice?

To był ogromny problem. Dla moich rodziców wyższe uczelnie były czymś najpiękniejszym, (szczególnie Aula Spadochronowa SGPiS!), ale na pewno nie szkoła teatralna.

Nie kwalifikowała jako wyższa szkoła?

Absolutnie nie. Moi rodzice byli melomanami i teatromanami. Normalna inteligencka rodzina spełniająca swoje potrzeby. Ale nie do tego stopnia, żeby zdawać na PWST!

Zdałaś za pierwszym razem?

Tak.

Jednak w tych sześciolatkach coś jest.

Zresztą na pierwszym roku tych sześciolatków było ze mną sporo, na przykład Joasia Szczepkowska, czy Ewa Ziętek. Można powiedzieć, że nadawałyśmy ton. Dla tych sześciolatków nic nie jest problemem, trzeba tylko powalczyć.

Jak zapamiętałaś PWST?

W 1971 roku, kiedy dostałam się do szkoły (Gierek!), zaczęto odbudowywać Zamek Królewski. I te cztery lata Szkoły Teatralnej to jest podniesienie Zamku chyba nawet do poziomu dachu, może do takiego stanu zamkniętego. To wszystko działo się na moich oczach. Pamiętam, że nam się to wydawało zupełnie niemożliwe. Wszyscy myśleliśmy, że pamiątką po wojnie jest to, że Zamku Królewskiego nie ma i za naszego życia to się nie zmieni.

Zamek Królewski odbudowywany na oczach Sławomiry Łozińskiej – studentki PWST. Rok 1973. Fot. Grażyna Rutkowska. Zdjęcie z zasobów Narodowego Archwium Cyfrowego.

Byłam zawsze taką osobą, która mimo dobrych relacji społecznych i koleżeńskich, szukała w sobie pokładów pewnej egzaltacji wewnętrznej. Zależało mi na tym, żeby „wewnętrze” w sobie rozwijać, a to trudne, jak trenujesz sport, chodzisz do szkoły, spotykasz się z koleżankami i kolegami, pijesz wino marki „Wino”, palisz papierosy od czternastego roku życia…

Jako pływaczka?!

Pływacy nieźle palą!

Jaką markę paliłaś?

Kiedy tak naprawdę zaczęłam palić, czyli pod koniec liceum, to były „Cara”, niebieskie, z filtrem. Nigdy nie paliłam dużo, miałam okresy niepalenia, to nie jest dla mnie przymus. Nie palę w ciągu dnia, nie palę w pracy, nigdy nie wychodzę na papierosa, ale w towarzystwie bardzo chętnie.

Gdzie szukałaś tej egzaltacji wewnętrznej?

Takim miejscem do samotności były między innymi okolice Dominikanów, tam są przepiękne stare sady, rosną rosochate drzewa owocowe, kiedyś tam nikt nie chodził. Klasztor był zrujnowany, nie było tego dużego kościoła Dominikanów. Więc pamiętam, że chodziłam tam w okresie przedmaturalnym, jak mówi Stachura „kleić mózg”. Spacerowałam wzdłuż Skarpy Wiślanej, począwszy od Królikarni. Patrzyłam jak budują Stegny. Było tutaj fantastycznie dużo przepięknej zieleni. Nie było jeszcze oczywiście Ursynowa.

Gdzie mieszkasz teraz.

Właśnie minęło trzydzieści lat. Kiedy się przeprowadziłam Warszawa była jeszcze pusta, nie było metra, aleja Niepodległości była totalnie rozkopana,  nie było przejazdu. Ale samochodem do Narodowego – jeszcze przed pożarem – można było dojechać w dziesięć minut.

Miałaś już wtedy swoje auto?

Ależ oczywiście! Ja zawsze miałam swoje auto. Od kiedy to było tylko możliwe, mniej więcej od dwudziestego piątego roku życia. Już jak miałam dzieci, to musiałam mieć auto, bo z Ursynowa inaczej nie można się było wydostać. Do tej pory nie wiem, jak kursują autobusy, bo teraz jeżdżę głównie metrem. Przez chwilę czuję się jakbym była w Paryżu, Londynie, Madrycie.

Przy której stacji mieszkasz?

Stokłosy.

Jak się czujesz na Ursynowie?

W ciągu tych trzydziestu lat dopiero od ostatnich pięciu nie ma we mnie rozpaczy i buntu, że mieszkam na Ursynowie. Dwadzieścia pięć lat to była ciągła walka ze sobą. Różne rzeczy zdarzyły się w międzyczasie. Byłam w ciągłej rozpaczy, że mieszkam na końcu świata, gdzie nie mam pralni, szewca, introligatora. Wszystko wożę z miasta. Nie mam zdrowej żywności, nie mam chorej żywności, nie mam dobrej apteki. Obok jakieś pijaczkowo, że nie możesz wieczorem wyjść. Syf. Mieszkałam w syfie. Obok, naokoło naszych segmentów, bloki. Wszystko zaczęło się zmieniać, ludzie zaczęli dbać o swoje otoczenie, obrosło zielenią, która na Ursynowie jest niezwykła. Okazało się, że obok mam pocztę i introligatora, że w odległości 100 metrów mam kosmetyczkę, że mam wszystko – stację metra, przychodnie lekarskie, knajpy (do których nie chodzę, ale są!). Mam też 700 metrów do obwodnicy, w związku z tym w czterdzieści minut jestem w Łodzi.

Jesteś dwa razy szybsza, niż PKP Intercity!

To prawda.

Teraz jesteś patriotką lokalną?

Tak, uwielbiam Ursynów, teraz to jest moje miejsce. W dzieciństwie i wczesnej młodości nie znosiłam Warszawy, była brzydka, zrujnowana, okropnie odbudowywana, strasznie dużo było tu najgorszej wiochy, dotyczyło to także ludzi, którzy na ogół, tak jak moja rodzina, przyjechali „skądś”. Naturalnie nie myślę tu o starym Żolu czy Saskiej, bo to był inny świat, ale myślę o tych, którzy przybyli, bo to oni Warszawę odbudowali. Teraz Warszawa też nie ma sensu, bo nie ma na przykład prawdziwego miejskiego centrum, ale jest zadbana i to widać. Jest ślicznie czysta, bezpieczna, to podkreślają wszyscy, którzy przyjeżdżają. I ja też to widzę w porównaniu z innymi europejskimi miastami, które kiedyś mnie zachwycały, na przykład Pragą czy Budapesztem.

Grając w innych miastach, miałaś myśl, że się kiedyś przeprowadzisz?

Oj tak, ja w ogóle żyję dzięki temu, że cały czas myślę, że się zaraz wyprowadzę.

Gdzie najchętniej?

Do Brazylii!

Póki co, chciałam cię jeszcze zapytać o warszawskie miejsca, w których się śmiałaś i w których płakałaś.

Płacze wszystkie to jest ta Skarpa Wiślana. To są te samotne spacery okresu późnego dojrzewania, buntu i naporu. Spacer Skarpą aż do Służewa, do Dominikanów. Jak chciałam sobie popłakać, to miałam tutaj dużo zieleni, było dosyć samotnie. To było takie moje szukanie rozumu, szukanie sensu. A gdzie się śmiałam? Chyba jednak w centrum. Na gościnnych występach. Bardzo wesoły był też zawsze Pałac Młodzieży. Przebywałam z ludźmi, którzy zajmowali się sportem i oni naprawdę mieli tylko dwa stany emocjonalne – albo się śmiali, albo płakali. I było super, bo było wesoło. Do tej pory utrzymujemy więź, my, ludzie pałacowi. Na hasło: „Pałac” od razu się budzą wspomnienia. Na co ty chodziłeś? Na co ty chodziłaś?

„Cicha noc”. Dobra scenografia i dobra obsada. Sławomira Łozińska, Dariusz Siastacz i reżyser, Paweł Paszta. Zdjęcie z planu teatru telewizji, który był nagrywany w sierpniu 2017. Autorkami tekstu „Cichej nocy” są fenomenalne siostry Gabriela i Monika Muskała, czyli Amanita Muskaria. Fot. Lila Zabłocka.

Ja chodziłam na teatr. Ty nie?

Ależ skąd. Był beznadziejny wtedy.

Za moich czasów też nie był wybitny. Ale mam jeszcze jedno teatralne pytanie: czy pamiętasz taką scenografię, w której na scenie szczególnie dobrze się czułaś? Na ile jest to ważne dla aktora?

Punktem wyjścia jest coś, nad czym sama się zastanawiam: u mnie wyjście na scenę nie powoduje szczególnego bicia serca. Ja mogę żyć bez sceny i bez teatru. Po prostu jest to miejsce pracy. Na pewno znasz to zdanie, że atmosfera w teatrze może być albo tlenem, albo czadem. Ale nie chodzi o czad w znaczeniu „czaderskie”, tylko czad jako bezwonny gaz, który truje, wysysa z ciebie energię i cię zabija. I są takie teatry. Pamiętam, że takim tlenem najważniejszym były pierwsze spektakle, w których grałam w Teatrze Narodowym. Zresztą dzięki Andrzejowi Łapickiemu (i dlatego, że inna koleżanka nie mogła zrobić zastępstwa!). To były scenografie Mariana Kołodzieja i Adama Kiliana. One niesłychanie się różniły między sobą. Nie wiem jak się układała ich współpraca z Hanuszkiewiczem – czy zostawiał im wolną rękę, czy ingerował, ale nigdy nie widziałam żadnych konfliktów. Pamiętam, że jak wchodziłam w scenografię, którą zaprojektował Kołodziej, to głęboko nabierałam powietrza, ta przestrzeń była taka magiczna. Pamiętam też obrotówki Kilianowskie w „Weselu” przeniesionym z Powszechnego do Narodowego. Ale zwykle scenografia nie powoduje zachwytu. Natomiast zła scenografia może spowodować, że rezygnuję z grania.

Do tego stopnia?

Tak.

Nie możesz się odnaleźć?

Nie mogę. Zła scenografia jest dla mnie strasznym bólem.

Zła, to jaka?

Najczęściej kicz, albo coś, co jest przypadkowością. Prowizorka. Dziękuję bardzo. Czujesz ból takiej okropności. Nienawidzę realizmu w scenografii. Natomiast im większy jest stopień przetworzenia, tym bardziej mnie on fascynuje. Podoba mi się scenografia, która ma w sobie wielofunkcyjność – jedno wynika z drugiego i pozwala uruchomić grę skojarzeń. Musisz zresztą wiedzieć, że większość teatrów, przynajmniej w Warszawie, ma tak fatalne warunki techniczne, że praktycznie rezygnuje się (robiąc bardzo często spektakle bez przerwy) ze zmiany dekoracji. W związku z tym trzeba w jakiś sposób umieścić jeden, dwa, albo trzy plany na jednej scenie i na przykład zmiany wydobywać światłem. Teatry nie mają kieszeni bocznych, nie ma gdzie wypchnąć dekoracji. Z obrotówkami też różnie bywa.

Mam dla Ciebie ostatnie pytanie, o „miejsce X” z Twojego teraźniejszego życia, o którym nie mogę wiedzieć, że jest dla Ciebie ważne.

Nie chcę, żeby to zabrzmiało dramatycznie i sentymentalnie, ale takim miejscem, z którym jestem zaprzyjaźniona i uciekam tam teraz z radości, albo też ze smutku są Stare Powązki. To jest miejsce o niezwykłej urodzie. Moja przyjaciółka mieszka w Babka Tower i kiedy do niej przyjeżdżam, to pierwsze co robię, to staję przy oknie i patrzę z góry na te cmentarze, które po prostu są pięknym parkiem. Mają niesamowite kolory. I to jest mi potrzebne. Jak coś muszę sobie przemyśleć, to tam jadę. Trochę to działa na mnie jak joint, bo mi się wtedy różne szufladki otwierają.

 Rozmawiała Kamila Łapicka

Rozmowa powstała w ramach projektu stypendialnego „Altas map biograficznych” (2015), finansowanego przez m.st. Warszawę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *