Singer Singerem stoi

Pierwszy oficjalny indentyfikator mojego bloga i duża radość! Dziękuję Festiwalowi Singera!

 

Wśród propozycji teatralnych, jakie miałam okazję obejrzeć w tym roku podczas XIV Festiwalu Warszawa Singera najbardziej zachwycił mnie… Singer!

„Szosza”, która ma już całkiem ładny staż, bo jest na afiszu Teatru Żydowskiego od grudnia 2016, to przemyślany, mięsisty i niepokojący spektakl Karoliny Kirsz. Tytułowa bohaterka przypomina mi Księcia Myszkina: młoda, jasnowłosa, o subtelnej, przyjemnej twarzy, z badawczymi oczyma, w których spojrzeniu „taił się jakby spokój, ale był też i jakiś ciężar, jakiś dziwny wyraz”, jak pisze Dostojewski. Nie można było odgadnąć z owego wyrazu, jak w „Idiocie”, epileptycznych symptomów, ale bohaterka Singera ma swoją własną ułomność, która także oddziela ją od świata.

 

Małgorzata Majewska (Szosza) i Piotr Sierecki (Aron), fot. Magdalena Kuc. Zdjęcie ze zbiorów Teatru Żydowskiego w Warszawie.

Jej jedynym łącznikiem z rzeczywistością jest Aron, dziecięca miłość, która przerodziła się w dorosłe uczucie, mimo, że cały świat (patrz: kochanki Arona, rodzina Szoszy) w to wątpił. Skromne mieszkanko przy ulicy Krochmalnej, której urodę Isaac Bashevis Singer świetnie znał, bo spędził tam lata dziecięce i nastoletnie, stała się kolebką miłości niemożliwej, którą z czułością pokazali Małgorzata Majewska (Szosza) i Piotr Sierecki (Aron). Absolutnie wybitne role stworzyli oboje. Piotra Siereckiego widziałam wcześniej grającego na podobnym diapazonie w jednym z moich ulubionych spektakli Teatru Żydowskiego, „Śmierć pięknych saren”, ale Małgorzata Majewska, oglądana przeze mnie po raz pierwszy, zadziwiła mnie niesamowicie. Ma w sobie tego rodzaju naturalność, instynkt gry i wdzięk, którego komisja egzaminacyjna w szkołach teatralnych wypatruje, gdy tylko kandydat przekroczy próg. Gdy tylko Szosza wchodzi na scenę, jesteśmy po jej stronie, mimo, że nie jest ani tak zmysłowa jak Cela (Ewa Dąbrowska), ani tak pewna siebie jak Dora (Monika Chrząstowska), ani tak oczytana jak Betty (Ewa Greś). Ma za to cały zestaw lęków, połączonych z niewinnością i dziecięcym spojrzeniem na świat. Myszkin w sukience.

Kolejny spektakl, na który poszłam z ciekawością to: „A tourist’s guide to Warsaw” (reż. Eugen Gyemant), produkcja państwowego Teatru Żydowskiego z Bukaresztu. Fabuła, a konkretnie motyw odzyskania przez żydowską rodzinę należącego do niej niegdyś budynku, przywiódł mi na myśl „Kamień” Mariusa von Mayenburga. Tam cała rzecz toczy się o dom w Dreźnie, który żydowscy bohaterowie opuszczają w 1935 r. na korzyść nowych lokatorów niemieckich, a ci z kolei próbują go odzyskać w latach 90., wyjechawszy wcześniej do RFN. „A tourist’s guide to Warsaw” nie jest tak skomplikowany. Odzyskanie kamienicy w centrum miasta wydaje się tylko pretekstem do wizyty w Warszawie i rodzinnych rozliczeń despotycznej matki z synem – niespełnionym artystą. Polskiego widza wprawia w nieco fraternistyczny nastrój warszawska (a chwilami ogólnopolska) topografia obecna w sztuce Hillela Mittelpunkta, bo któż z nas nie lubi słyszeć ze sceny nazw znajomych ulic lub miejsc, do których chadza. Tematyka Holokaustu została potraktowana naskórkowo, w dużej mierze refleksję zastąpił czarny humor. Czarny i odważny, nie wiem, czy ktoś poza izraelskimi autorami jest w stanie wygenerować podobne żarty.

 

Na pierwszym planie wulkan scenicznej energii, Maia Morgenstern jako matka, po prawej stronie jej syn – malarz (Claudiu Istodor), a po lewej jego „modelka” (Viorica Bantaș). Fot. Oana Monica Noe.

Siedząca obok mnie na widowni Prof. Anna Kuligowska-Korzeniewska powiedziała mi, że Hillel Mittelpunkt jest jednym z najbardziej znanych autorów średniego pokolenia w Izraelu, obok Joshuy Sobola i Hanocha Levina. Sztuki Levina cieszą się w naszym kraju olbrzymią popularnością, Sobol doczekał się jedynie premiery „Getta” (pierwszej części tryptyku o getcie wileńskim), ale o Mittelpunkcie nie wiedziałam nic. Rzeczywiście krótka kwerenda pokazuje, że jest bardzo aktywnym autorem, a także reżyserem. Może doczekamy się przekładu jego tekstów na język polski, casus Levina dobrze wróży.

Ewa Dąbrowska w obiektywie Bartka Warzechy. Zdjecie z zasobów Teatru Żydowskiego.

Trzecim bohaterem tego tekstu, a właściwie bohaterką jest Zuzanna Ginczanka. Polska poetka żydowskiego pochodzenia, tworząca głównie w międzywojniu, znana jest dziś niewielu. Spektakl Teatru Żydowskiego, Ginczanka. Chodźmy stąd”, ma szansę zmienić ten stan rzeczy, choćby wśród miłośników sceny teatralnej (w ogóle) i kultury żydowskiej (w szczególe). W trakcie Festiwalu Singera obejrzałam pokaz przedpremierowy, przedstawienie wejdzie na stałe do repertuaru w połowie października. Oznacza to, że ma jeszcze czas, by dojrzeć w cieplarnianych warunkach prób i osadzić się w ciele i wrażliwości Ewy Dąbrowskiej, bo mam wrażenie, że na razie aktorka bada trudne środowisko naturalne monodramu i nie każda etiuda jest jej równie bliska. Im prościej, im statyczniej, tym lepiej. Przecież w podobnej roli, niezależnej intelektualnie, świadomej siebie kobiety, jaką gra w „Szoszy”, Dąbrowska wypada wspaniale.

Fot. Bartek Warzecha. Zdjęcie z zasobów Teatru Żydowskiego.

Każdy jej gest jest pewny i wykończony, stąd moja intuicja, że jej monodram dojrzeje. Gdybym mogła podpowiedzieć coś reżyserowi, Krzysztofowi Popiołkowi, który ułożył swój spektakl głównie z wierszy, byłoby to dodanie choć minimalnej narracji. Nie wiemy nic o kobiecie, która przed nami stoi ponad to, co słyszymy, ze sceny – że poznała kilku zacnych literatów. A jeśli widz nie ma o Ginczance pojęcia i przyjdzie do teatru prostu z pracy, czego się o niej dowie poza poetyckim stylem, w jakim tworzyła i neurozą, w jakiej żyła? Nie pozna nawet jej imienia.

Na koniec wiersz znany pod tytułem „Non omnis moriar”, który można znaleźć w numerze 131 „Zeszytów Literackich”. Niesie on w sobie fragment historii Zuzanny Ginczanki, zadenuncjowanej w okresie, gdy ukrywała się we Lwowie (1941-43).

* * *

Non omnis moriar — moje dumne włości,

Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych,

Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel

I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie.

Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica,

Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera,

Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla,

Donosicielko chyża, matko folksdojczera.

Tobie, twoim niech służą, bo po cóżby obcym.

Bliscy moi — nie lutnia to, nie puste imię.

Pamiętam o was, wyście, kiedy szli szupowcy,

Też pamiętali o mnie. Przypomnieli i mnie.

Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze

I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo:

Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze —

Niechaj piją noc całą, a o świcie brzasku

Niech zaczną szukać cennych kamieni i złota

W kanapach, materacach, kołdrach i dywanach.

O, jak będzie się palić w ręku im robota,

Kłęby włosia końskiego i morskiego siana,

Chmury prutych poduszek i obłoki pierzyn

Do rąk im przylgną, w skrzydła zmienią ręce obie;

To krew moja pakuły z puchem zlepi świeżym

I uskrzydlonych nagle w aniołów przemieni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *