ROZMOWA Z GRAŻYNĄ BARSZCZEWSKĄ „RECITAL W CIUCHCI”

Z Grażyną Barszczewską spotkałam się w garderobie Teatru Polskiego w Warszawie. Niedawno aktorka świętowała na jego scenie jubileusz, który uczciła spektaklem „Niezatańczone tango” według prozy Wiesława Myśliwskiego. Scenariusz napisała sama. Nic dziwnego. Od dzieciństwa była kreatywna, jak się teraz ładnie mówi. Skąd o tym wiem? Posłuchajcie opowieści o budowie Pałacu Kultury, relegowaniu z warszawskiej PWST i o tym, że gra na fortepianie to nie hop siup!

Tańcząc „Niezatańczone tango” z Dominikiem Łosiem w Teatrze Polskim w Warszawie. Fot. Jacek Poremba.

Gdzie się urodziłaś?
Po prawej stronie Warszawy, w domu rodzinnym na Żeraniu. Mój ojciec bał się, żeby w szpitalu mnie nie zamienili… Mam nawet swoje świadectwo urodzenia: Dziecię płci żeńskiej, donoszone, zdrowe urodziła Klementyna Barszczewska na ulicy Modlińskiej.

Jaka jest historia tego domu?
Wybudowano go na długo przed wojną. Był duży, piętrowy, po wojnie przygarnął naszą dużą, rozproszoną rodzinę. Prawe skrzydło na piętrze zajmowaliśmy my, środkowe mieszkanie – moja ciotka Emilia z mężem, a znajdujące się po lewej stronie – moi kuzyni. Cały parter zajmowała główna właścicielka: ciotka Filomena z rodziną, od frontu był duży sklep. Dom otaczało podwórze i budynki gospodarcze, sąsiadowaliśmy z domami rodziny Dąbrowskich – także naszych krewnych. Właściwie to była taka jedna wielka rodzina. Dzieciarni w moim wieku była tam chyba piątka, a moich kuzynów i sióstr ciotecznych spora gromadka. Nie mieliśmy specjalnej niani, nawzajem wychowywaliśmy się.
Jeszcze jak byłam całkiem mała, trzy-, czteroletnia i moi rodzice pracowali, mama rano sprowadzała mnie na dół do ciotki pod opiekę, „na zadanie”, tak to wtedy nazywaliśmy. W przestronnym holu wisiało wielkie lustro i z moją cioteczną siostrą Bogumiłą robiłyśmy konkursy na strojenie śmiesznych i strasznych min.

Czym się zajmowali Twoi rodzice?
Mama w tych powojennych czasach dorywczo pracowała, żeby pomóc ojcu, ale generalnie była „przy domu”. Ojciec miał wykształcenie techniczne i pracował na kierowniczym stanowisku w Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu, ale z powodu pisemnej deklaracji – odmowy wstąpienia do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, co było wtedy, w latach pięćdziesiątych, aktem nie lada odwagi, nie mógł zawodowo rozwinąć skrzydeł. Zawsze był jednak i przez przełożonych i podwładnych niezwykle szanowany i lubiany.

Jakie miejsca w dzieciństwie były Ci szczególnie bliskie?
Moje dzieciństwo upływało między Wisłą i Kanałem Żerańskim. To one wyznaczały moje zabawy, rodzinne plażowanie i pierwsze przygody.

Most nad Kanałem Żerańskim na ulicy Modlińskiej. Rejs inaugurujący żeglugę pasażerską. Rok 1963. Fot. Zbyszko Siemaszko. Zdjęcie ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

W tej naszej wielkiej rodzinie były dwa samochody (to był wtedy nie lada luksus!) i wujowie, którzy mieli tak zwaną prywatną inicjatywę, zabierali nas na przejażdżki, np. na majówki na Bielany.
Natomiast z mamą – to spacery na odbudowującej się Starówce, Mariensztacie, wtedy już odnowionym, pocztówkowym. Można było pod nieuwagę milicji potaplać się w fontannie z postaciami kamiennych chłopców… Tak samo wygląda dzisiaj! Ta nowa Warszawa była dla mnie taka piękna, nie podziurawiona, lśniąca, czysta, uporządkowana.
Ale pamiętam także ruiny Warszawy. Pamiętam… w oczach dziecka to zostało, taki w połowie zburzony kościół, jak przerażająca dekoracja teatralna… nie wiem, czy to nie było na Woli? Widziałam też – to znowu spacery z ojcem – budowany Pałac Kultury. Z fragmentów rozmów rodziców docierały do mnie wiadomości o tragicznych zdarzeniach w tej wielkiej dziurze w środku miasta, kiedy to mina rozerwała woźnicę z koniem, wiozącym cegły czy piasek do budowy Pałacu Kultury. Kiedy Pałac był już w rozkwicie, chodziłam tam na przedstawienia i noworoczne imprezy dla dzieci i młodzieży, gdzie zapraszano warszawskie zakłady pracy.

Kiedy po raz pierwszy zasiadłaś na widowni?
Po drugiej stronie Modlińskiej, nieopodal naszego domu, był duży zakład przemysłowy, jakaś fabryka. Któregoś dnia podwórkowa wieść niosła, że będą tam występy artystów! Miałam wtedy cztery lata i uprosiłam mamę, żeby mnie wzięła na te występy. To była jakaś estradowa składanka – piosenki, skecze, muzyka. Być może była tam wtedy nawet Stefania Grodzieńska z Januszem Minkiewiczem i Jerzym Duszyńskim? Kto wie…? Bo przecież to był 1951, 1952 rok, a artyści „objeżdżali” zakłady pracy. Kiedy wróciłam do domu, dostałam temperatury. Z emocji! Być kimś takim, jak tamci ludzie po drugiej stronie, na tych wysokich deskach… I temperatura była…

Byłaś dzieckiem recytująco – śpiewającym?
Pierwsze występy dawałam w warszawskiej kolejce, tak zwanej ciuchci. Po Modlińskiej nie jeździły wtedy tramwaje, więc do przedszkola jeździłam ciuchcią. Przedszkole także było przy Modlińskiej, jakieś pięć kilometrów w stronę centrum. Nawiasem mówiąc zajrzałam niedawno do tego przedszkola. To prywatna willa, zabrana w tamtym czasie na przedszkole. Więc jeździłam do tego przedszkola i występowałam… często na kolanach panów, gdy ciuchcia była zatłoczona. Śpiewałam ówczesne przeboje: „Cicha woda brzegi rwie”, „Marynika, Marynika”, „Ryżowe pola” i… dostawałam czekoladki. To była moja pierwsza wielka estrada, wielka scena – także pełna emocji. Pasażerowie widząc moje czerwone z emocji i tremy (?) policzki, pytali: dlaczego ty dziewczynko się malujesz? Nie rozumiałam tych komplementów i żaliłam się rodzicom.

 

Wielką scenę ciuchci zastąpiła scena Teatru Polskiego. Czarodziejka olśniewa Gerdę (Marta Kurzak). „Królowa Śniegu”. Fot. Krzysztof Bieliński. Zdjęcie ze zbiorów Teatru Polskiego w Warszawie.

Całe dzieciństwo spędziłaś na Żeraniu?
Kiedy miałam siedem lat przeprowadziliśmy się na Grochów, na ulicę Paca i przez kilka lat bardzo tęskniłam za Wisłą, Kanałem Żerańskim i swobodą właściwą peryferiom miasta, jakim wtedy niewątpliwie był Żerań. Trudno było przyzwyczaić mi się do nowego miejsca, anonimowych lokatorów wielorodzinnego bloku, nowego środowiska.

Może dlatego oprócz zwykłej szkoły spędzałaś czas także w szkole muzycznej.
Moja pierwsza Podstawowa Szkoła Muzyczna mieściła się w starej kamienicy praskiej, na rogu Wileńskiej i Inżynierskiej, w podwórzu. Ukończyłam ją w klasie fortepianu. Natomiast pierwsze lekcje gry pobierałam w Komorowie, trzydzieści kilometrów od Warszawy, gdzie rodzice mieli działkę. Uczyła mnie hrabina Franciszka Leszczyńska, której piosenkę nawiasem mówiąc odnalazłam po wielu latach szukając utworów do moich „Scen niemalże małżeńskich Stefanii Grodzieńskiej”, nie wiedząc, że to jest właśnie kompozycja mojej pierwszej nauczycielki muzyki…

Jedna ze „Scen niemalże małżeńskich…” z Grzegorzem Damięckim. Fot. Marcin Wegner. Zdjęcie ze zbiorów Teatru Ateneum w Warszawie.

Na lekcje zawsze wysyłała po mnie swoją służącą. To był zupełnie inny świat. Przedwojenna arystokracja, świat artystów, literatów, muzyków. Do tej pory mam w oczach układ jej ogromnego salonu. Dwa fortepiany, wielki stół, na którym było wszystko – srebra, biżuteria, jakieś fragmenty garderoby, jedzenie dla psa, nuty, rękopisy. Na ścianach cenne obrazy, złocone ramy luster, oranżeria, zapach starodrzewia… Nasza działka była niedaleko, ale to był zupełnie inny świat. Leszczyńska uwielbiała mojego ojca, który był bardzo przystojnym mężczyzną i miał ogromne poczucie humoru. Zapraszała go na przyjęcia, które wydawała dla swojego środowiska i ojciec mi opowiadał, że kiedyś jeden z literatów, widząc nową twarz w salonie, spytał go: „Pan też pisze?”, a ojciec odpowiedział: „Tak, i niestety często z błędami”.

Jak to się stało, że nie zostałaś muzykiem? Przecież po podstawowej szkole muzycznej pojawiła się Średnia Szkoła Muzyczna na Świętojerskiej.
Ale też niedługo potem zaczęłam studiować w PWST na Miodowej. Obie Muzy są bardzo zaborcze, z jednej musiałam zrezygnować. Zresztą sądzę, że nie miałam jakiegoś szczególnego talentu muzycznego. Zostałam więc przy Melpomenie.

Czy któryś z reżyserów wykorzystał Twoje muzyczne umiejętności?
Na przykład w „Karierze Nikodema Dyzmy” gram kilka taktów „na żywo” na fortepianie w moim (Niny Ponimirskiej) pałacu…, a kilka lat temu w Teatrze Komedia, w przedstawieniu „Stepping out” w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego, grałam fragmenty utworów Ellingtona i Gershwina. No i trzy strony Etiudy Rewolucyjnej Chopina! Jeden z recenzentów, myśląc, że zastosowano w instrumencie na scenie jakiś teatralny trik, napisał: „Pani Barszczewska bardzo ładnie gra, że gra na fortepianie”. A ja nic nie grałam, tylko normalnie grałam! Ale… do premiery ćwiczyłam dwa miesiące codziennie w domu tę Etiudę, bo to nie hop siup! Rzadko teraz siadam do instrumentu, ale jednak ta wieloletnia edukacja muzyczna bardzo mnie wzbogaciła i czasem przydaje się nie tylko z okazji grania kolęd przy świątecznym stole. Te lata spędzone nad klawiaturą ciągle owocują.

Wspomniałaś o Miodowej, ale dyplom aktorski odebrałaś w Krakowie.
Bo zostałam relegowana po pierwszym roku.

Z jakiego powodu?
W połowie pierwszego roku dziekan Rena Tomaszewska powiedziała mi: „Wiesz, dziecko, nie dasz sobie rady w tym zawodzie. Jesteś za delikatna, zbyt krucha, nieodporna”.

Miałaś takie przeczucia już w czasie egzaminów?
Skąd! Byłam przyjęta w abcugach! Recytowałam Majakowskiego: „Naprzód! Na szturm! Dalej! Na szturm!”. I jak to powiedział kiedyś o mnie Juliusz Owidzki, dyrektor Teatru Polskiego Radia, mówiłam to swoim „mocnym głosem nieznoszącym sprzeciwu”. A wyglądałam: dwa warkocze do pasa, bez cienia makijażu, biała bluzka, granatowa spódnica, grube rajstopy, buty na płaskim. I to zestawienie płomiennej rewolucjonistki (!?) z warkoczami i jeszcze czerwonymi polikami pewnie, musiało być dosyć zabawne. Ale potem na zajęciach to zielone dziecko, jakim wtedy byłam, próbowano obsadzać w ćwiczeniach-rólkach panienek nie najcięższych obyczajów… A ja? Nie miałam pojęcia, czym to się je! Schowałam się więc we własna skorupę.

 

Po wyjściu ze skorupy. „Fantazy” (1973). Grażyna Barszczewska (Stella) na scenie Teatru Ateneum z obecnym dyrektorem Teatru Polskiego w Warszawie, Andrzejem Sewerynem (Jan). Fot. Edward Hartwig. Zdjęcie ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Zadecydował aspekt psychologiczny?
Przełamać próbowała mnie Ryszarda Hanin – opiekunka mojego roku. Dawała mi sceny erotyczne, agresywne, chciała wykrzesać ze mnie środki wyrazu dalekie od nieśmiałej panienki, takie które przekonałyby widza dużej sceny teatralnej, a nie tylko szkolnej salki wykładowej. A potem, po studiach, rzecz dziwna, coś takiego się stało, że przez wielu reżyserów byłam niejednokrotnie hamowana w swojej nadekspresji.

Pracowałaś potem z Ryszardą Hanin?
Tak, grałyśmy razem w filmie i w telewizji i za każdym razem odczuwałam z jej strony serdeczne koleżeństwo.

Ryszarda Hanin w spektaklu „Ja, Feuerbach” (1988). Teatr Dramatyczny w Warszawie. Fot. Juliusz Multarzyński. Zdjęcie ze zbiorów Instytutu Teatralnego w Warszawie.

Wspominała coś o „trudnych początkach”?
Ona tak ze mną zawsze rozmawiała, jakbym była jej ulubioną studentką! Zresztą to była wspaniała aktorka i wielka osobowość. Wiesz, myślę, że na to relegowanie sobie zasłużyłam. Wręcz dobrze mi to zrobiło. Musiałam szybko dojrzeć. Nauczyć się samodzielności daleko od domu, decydowania o sobie, dokonywania wyborów. Wyjechałam na studia do Krakowa i tam przekonałam się, że jeśli chcę zrobić cokolwiek w tym zawodzie, to muszę się porządnie napracować.

Spotkałaś w Krakowie ludzi, którzy w Ciebie uwierzyli?
Na początku wcale nie było łatwo. Moi krakowscy pedagodzy sprawdzali mnie na każdym kroku. Przez pierwsze dwa lata studiów miałam dodatkowe ćwiczenia, teksty, sceny. Ale oprócz zawodowego katowania – za co jestem im wdzięczna – obudzili we mnie także apetyt na role charakterystyczne. Profesor Halina Gryglaszewska na drugim roku obsadziła mnie w roli Fredrowskiego Łatki i powiem bezczelnie, że miałam swój pierwszy sukces! Pamiętam, że na egzaminie, gdzie grałam tegoż Łatkę na widowni była Ewa Demarczyk i słyszałam jej głośny śmiech. To był dla mnie wielki komplement. Komisja też się śmiała, dostałam 5, a po sali szedł szept: jest Demarczyk! jest Demarczyk!

Zanim wyjechałaś do Krakowa skończyłaś liceum w Warszawie.
Kończyłam liceum Marii Skłodowskiej-Curie na Naddnieprzańskiej. Klasa o profilu humanistycznym. Wtedy był czas abonamentów teatralnych i nasza szkoła także uczestniczyła w programie „Młodzież blisko kultury”. Oceniam to naprawdę bardzo pozytywnie. Ja z teatrem zetknęłam się wcześniej, ale niektórzy z mojej klasy po raz pierwszy dzięki szkole zobaczyli na przykład sztukę Fredry w Teatrze Polskim, w którym teraz rozmawiamy. Chodziłam również do teatru Powszechnego, Klasycznego i do Ateneum, gdzie moje koleżanki zbierały autografy.

Ty nie zbierałaś?
Nie.

Dlaczego?
Strasznie się wstydziłam. One czekały na Bogusza Bilewskiego, który był wtedy pięknym chłopcem, na Romka Wilhelmiego. Pamiętam, że stałam jakieś pięćdziesiąt metrów dalej, żeby nie było widać, że ja także jestem w tej grupie. Zawsze izolowałam się od sfory, byłam osobna.

Masz w sobie taką osobność do tej pory?
Źle się czuję w tłumie. I prywatnie i w zawodzie. Na szczęście los łaskaw, że nie dał mi do ręki halabardy i stania w zbiorówkach.

Mimo to chętnie rozdajesz autografy?
Oczywiście, bo to też jest wpisane w zawód publiczny. Jeśli ktoś pragnie takiego choćby zdawkowego, krótkiego kontaktu i śladu w postaci podpisu, czy uściśnięcia dłoni – to jest to dla mnie wyróżnienie, prawda? I trzeba to docenić i szanować.

 

„A miłość nigdy się nie kończy…” w Teatrze Ateneum. Grażyna Barszczewska frunie w objęciach Henryka Talara. Fot. Edward Hartwig. Zdjęcie ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Grałaś w Warszawie na kilku scenach, m.in. w Ateneum i w Polskim, gościnnie w Romie, Komedii, Polonii, spotkałaś wiele osobowości i o jedną z nich chciałam Cię zapytać. Jak trafiłaś do „Dudka”?
Dudek po raz pierwszy zatrzymał mnie na korytarzu w Telewizji i powiedział, że bardzo mu się w jakiejś sztuce… nie podobałam, i chciałby, żebym zagrała w jego przedstawieniu… I tak się zaczęła nasza wieloletnia przyjaźń. Z tym wszystkim, co Dudek miał w sobie, z jego specyficznym poczuciem humoru, całą jego kolorowością. Zagrałam m.in. w jego serialu „5 dni z życia emeryta” według Stawińskiego, w kilku teatrach telewizji, no i w kabarecie. Na scenie stworzyliśmy też duet w przedstawieniu „Solo na dwa głosy” Toma Kempinskiego w tłumaczeniu Michałowskiej i Chądzyńskiej.

Edward Dziewoński. „Solo na dwa głosy” (1986). Scena na Piętrze (Poznań). Zdjęcie z zasobów Instytutu Teatralnego w Warszawie.

Wspaniale wspominam nasze podróże, nasze tournée po Stanach, Kanadzie, Niemczech, Wielkiej Brytanii. Nasze spotkania u mnie w domu, u Dudka na Wareckiej – dawnym mieszkaniu Eugeniusza Bodo! – nasze długie rozmowy, żarty. I także spotkania „w biegu”, kiedy na przykład w ferworze różnych spraw i zajęć w Śródmieściu – a ja ciągle domowo jestem związana z Mokotowem – wpadałam niespodziewanie do Dudka na Warecką z błyskawicznym komunikatem: „Dudeczku muszę szybko zadzwonić (nie było jeszcze telefonów komórkowych), zrobić siusiu i pędzę!”. I jego komentarz: „No tak, cała Grażyna! Wpadnie, natelefonuje, naszcza i pójdzie…”.

Jaka atmosfera panowała na zapleczu Nowego Światu?
To była prawdziwie artystyczna rodzina, bardzo dobrze czuliśmy się w swoim towarzystwie: Młynarski, Kobuszewski, Michnikowski, Gołas, Derfel, Kownacka, Zawadzka, Kowalewski, Wawrzecki. Dudek często zapraszał nas, Dudkowiczów, do siebie na Warecką 11, kiedy na przykład była emisja jakiegoś naszego Teatru Telewizji, czy jego, Dudka urodziny 13 października. I tak też było przez wiele lat po jego śmierci. 13 października była msza za Dudka, a potem szliśmy na Warecką wspominając zabawne sytuacje, charakterystyczne powiedzonka i żarty Dudkowe. Do tej pory my, starzy Dudkowcy – a jest nas niestety coraz mniej – spotykamy się na Wareckiej w jego dawnym mieszkaniu, gdzie gości nas żona Dudka, Irena.

Jakie miejsca pamięci w Warszawie są Ci bliskie?
Na Powązki przychodzę do Dudka, Różewicza, Grodzieńskiej, do moich koleżanek, kolegów, o których dobra pamięć nie blaknie. A moja rodzinna nekropolia to Cmentarz Bródnowski. Tam mam wszystkich swoich bliskich, którzy odeszli i bardzo lubię ich odwiedzać.

Nie przygnębia Cię to?
Nie. Często z nimi rozmawiam. W ogóle to jest piękny, stary park. Czasem spotykam tam kobiety z dziećmi w wózkach, przychodzą na spacery. Ja zwykle odwiedzam te miejsca, gdy nie ma tłumów. Nie tylko po to, by uporządkować groby, czy przynieść świeże kwiaty, ale także żeby mieć świadomość obecności tych, których ślady tam są: babci, która chodziła tam ze swoimi córkami i synami, moich rodziców, którzy przyprowadzali mnie i moją siostrę. Teraz ja chodzę ze swoim synem i z wnuczkami. Tak ma być. Tak jest dobrze.

 Rozmawiała Kamila Łapicka

Rozmowa powstała w ramach projektu stypendialnego „Altas map biograficznych” (2015), finansowanego przez m.st. Warszawę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *